Jak Kylie Minogue użyła Twittera przy promocji nowego singla?

Artyści coraz częściej decydują się na wykorzystywanie nowych technologii przy promocji swojej muzyki. Są świadomi tego, że posiadanie fanpejdża na Facebooku już nie wystarcza. Kylie Minogue przy promocji utworu „Timebomb” postanowiła wykorzystać Twittera.

Akcja wydaje się bardzo prosta. Chodziło bowiem o to, że aby zobaczyć teledysk do utworu „Timebomb” fani artystki muszą 25000 razy zaćwierkać  #KylieTimeBomb. Zajęło im to niecałą godzinę, bowiem każdej sekundy przychodziło około 10 tweetów. Po 6 minutach Kylie była już światowym trending topikiem (okropne określenie). Jak tylko udało uzbierać się wymaganą liczbę tweetów, na oficjalnym kanale artystki pojawił się obiecany klip a do tego piosenka pojawiła się w iTunes i Spotify.

Bardzo prostym patentem Kylie zyskała sporo rozgłosu. Akcje tego typu na pewno dodatkowo nakręcają sprzedaż. Fani wiedzą bowiem, że skoro mogą kupić utwór tuż po jego udostępnieniu, to należą do jednych z pierwszych na świecie, którzy mają taką możliwość.

Akcję przygotowali goście z wemakeawesomesh.it, którzy oprócz komercyjnych przedsięwzięć, angażują się także w hackathony. Czy to oznacza, że nadchodzą dobre czasy dla muzycznych hakerów? Twórcy akcji promującej Kylie mówią, żeby zadać im to pytanie za pół roku.

Źródło: Evolver.fm

Jak Kylie Minogue użyła Twittera przy promocji nowego singla?

Ryan Leslie zmienia grę? Wyda płytę w formie mobilnej aplikacji

To musiało nastąpić. Aplikacje mobilne razem z przyrostem liczby użytkowników smartfonów muszą po prostu rosnąć w siłę i wchłaniać te elementy rzeczywistości, które bez problemu mogą być przeniesione na urządzenia mobilne. Tak bez wątpienia jest z nośnikami muzyki. Pisanie o tym,  że płyty CD odchodzą do lamusa byłoby banałem.

Amerykański wokalista i producent, Ryan Leslie, postanowił swój najnowszy album „Les Is More” wydać w formie aplikacji mobilnej, ponieważ – jak sam przyznał – jego zdaniem przyszłość jest własnie mobilna.

Robimy aplikację, która tworzy specjalne środowisko, w którym będzie można oglądać teledyski i słuchać muzyki.

Co ciekawe, mają powstać teledyski do wszystkich 10 nagrań z albumu. Zapewne od powodzenia tego projektu zależy to, jak prędko twórcy zdecydują się podążać drogą Ryana Lesliego. Okaże się wtedy, czy ludzie są już gotowi na inny sposób dystrybucji muzyki niż tradycyjne sklepy z płytami czy też serwisy typu iTunes.

Źródło: Sosoactive

Ryan Leslie zmienia grę? Wyda płytę w formie mobilnej aplikacji

Distro.fm – zasubskrybuj ulubionych wykonawców

Twórcy Distro.fm wpadli na to, na co – nie wiedzieć czemu – nie wpadł nikt wcześniej. Otóż doszli oni do wniosku, że być może są ludzie, którzy nie chcą subskrybować „całych” serwisów w stylu Spotify czy Deezer z całymi ich przepastnymi bazami, z których prawdopodobnie nie skorzystają nawet w 1% procencie i być może Ci ludzie woleliby po prostu subskrybować muzykę tylko od zespołów, które ich interesują.

Na tym właśnie polega distro.fm. Projekt dopiero co wystartował i jak dotąd informacja o nim nie przedostała się poza branżowe strony. O co chodzi? Distro.fm pozwala po prostu na zasubskrybowanie wybranych artystów. Płaci się ok. 10$ rocznie (zespoły mogą ustalać tę kwotę indywidualnie) i przez ten czas otrzymuje się muzykę wybranego wykonawcy.

Głównym założeniem twórców było to, aby zredukować rolę pośredników między artystami a ich fanami i pozwolić na to, by zespoły zaczęły zarabiać na udostępnianiu muzyki bez obawy o marże, jakie są nakładane przez serwisy typu Spotify. Distro.fm jako organizacja non-profit ma na całym przedsięwzięciu zarabiać tylko tyle,  ile potrzebne jest na utrzymanie strony. Do artystów trafiać więc ma prawie 100% z kwoty, jaką wpłacać będą fani. W prezentacji dla Kickstartera twórcy chwalą się tym, że nie będzie żadnych jachtów dla dyrektorów serwisu.

Fajnym, innowacyjnym pomysłem są niby-tagi, które pozwalać będą zespołom na pokazanie tego, że są dostępni na distro.  Tak, jak napisanie @siecmuzyki mówi całemu Internetowi, że można szukać danego użytkownika na Twitterze, tak napisanie ^siecmuzyki^ (nawiązanie do logotypu) ma świadczyć o obecności na distro.fm.

Layout serwisu jest bardzo czytelny, trochę nawiązujący do iTunes.

Powstaje pytanie, jak taki mikrus ma radzić sobie z takimi gigantami, jak Spotify czy Deezer. Twórca distro – Kyle Marler – wyjaśnia to całkiem sensownie. Serwisy typu Pandora, Spotify czy Rdio mają służyć temu, żeby poznać daną grupę, trafić na jej twórczość. Jeśli już trafi się na coś godnego zainteresowania, to distro.fm pozwala nawiązać kontakt 1 do 1 z artystami i ich muzyką. W interesie zespołów powinno więc być zamieszczanie 2-3 najpopularniejszych singli na Spotify czy iTunes  i pogodzenie się z tym, że w zamian za obecność w tak olbrzymiej bazie muszą zrzec się części pieniędzy za odegrane czy kupione utwory. Resztę materiału mogą sprzedawać swoim fanom bezpośrednio przez distro, bez obaw o marżę.

Jest to oczywiście mocno idealistyczne podejście. Istnieje bowiem ryzyko, że osoba, która kupi singiel na iTunes nie zajrzy na distro z różnych powodów. Nie trafi więc pewnie na inne nagrania artysty, a – kto wie – być może by je kupiła gdyby były one dostępne razem z singlem na iTunes. Obawiam się także, że skoro Distro.fm może zagrozić interesom tych, którzy mogą zarabiać na pośredniczeniu, to nie będzie za bardzo nikogo, kto mógłby pomóc temu serwisowi w promocji. Oczywiście mogą to robić same zespoły, o ile przekonają się do idei jaka stoi za distro.

Obecność w tym serwisie jest także wymagająca dla samych wykonawców. Jeśli ktoś ma płacić za subskrybowanie ich rzeczy, to muszą być to materiały ciekawe i unikalne. Tutaj więc pojawia się możliwość, aby publikować remiksy, nagrania z prób i wszystkie te inne rzeczy, za które pewnie nikt nie chciałby zapłacić w iTunes. Trzeba też oczywiście pamiętać, że cały czas istnieją serwisy takie, jak Soundcloud czy facebookowe fanpage, gdzie zespoły mogą właśnie unikalne rzeczy publikować za darmo, przywiązując tym samym swoich fanów do profili na tych stronach. No ale właśnie – nie zarabiają na tym, albo dzięki temu, nic.

Żeby Distro.fm odniosło sukces musiałoby chyba wśród artystów dojść do sporej rewolucji w myśleniu na temat sprzedawania własnej twórczości. Model proponowany przez ten serwis wydaje się mi sensowny. Sam chętnie zapłaciłbym 30 zł rocznie ulubionym wykonawcom, aby móc dostawać od nich ekskluzywne materiały i mieć świadomość, że prawie całość tej kwoty trafia bezpośrednio do tych, których lubię i szanuję.

Będę trzymał kciuki za ten startup. Jak dotąd chyba nie robią furory, bo na facebooku lubi ich jedynie 175 osób. Wszystko oczywiście może nabrać tempa razem z pierwszym znanym wykonawcą który dołączy do serwisu.

A, muszę jeszcze dodać, że serwis jest cały czas w fazie beta. O ile się orientuję, to nie można jeszcze dokonywać płatności i – uwaga – nie da się usunąć wykonawców z listy subskrybowanych. Tak tylko ostrzegam, na wypadek gdybyście tak jak ja mieli stracić kilka minut na szukaniu tej opcji.

Źródło: Evolver.fm

Distro.fm – zasubskrybuj ulubionych wykonawców

Google świętuje urodziny Roberta Mooga

Cały Internet będzie dzisiaj pisał o wyjątkowym doodle przygotowanym przez Google z okazji 78. rocznicy urodzin Roberta Mooga, twórcy kultowego syntezatoru Moog.

Syntezator przygotowali Ryan Germick i Joey Hurst, chcąc tym samym oddać hołd Robertowi Moogowi, jako swojego rodzaju patronowi czegoś, co nazwali nerdy arts. Projekt nie powstawał w ekipie odpowiedzialnej za doodle. Hurst, który do tej ekipy nie należy pracował nad nim przez prawie 4 miesiące w czasie, jaki pracownicy Google mogą przeznaczać, na dowolne projekty (20% dziennego czasu pracy). Jest to podobno najbardziej zaawansowany Google Doodle w historii. Jak grać na Google Moog Doodle Synthesizer? Instrukcję znajdziecie tutaj.

Źródło: Mashable

Google świętuje urodziny Roberta Mooga

Jeszcze o dogorywaniu turntable.fm i śmierci klonów tego serwisu

Pisałem już wcześniej o tym, że prawdopodobnie turntable.fm była chwilową modą, która – jak to bywa z chwilowymi modami – szybko przeminęła. Serwis Digital Music News opublikował ciekawe grafiki dotyczące liczby odwiedzających. I o ile w przypadku turntable.fm widać jakiekolwiek drgania, tak w przypadku rolling.fm widać, że liczba użytkowników ani drgnie i oscyluje w okolicach nieistotnych statystycznie.

Czemu ten model słuchania muzyki się nie sprawdza? Prawdopodobnie serwisy tego typu nie są po prostu atrakcyjne dla ludzi, którzy chcą posłuchać dobrej muzyki. Didżeje pewnie idą na łatwiznę, grają albo oklepane hity, albo tak niszowe utwory, że nikt nie chce tego słuchać. Jeśli ktoś bowiem chce posłuchać hitów, to włącza sobie normalne radio. Jeśli natomiast ktoś chce znaleźć coś nowego, to ma wiele innych, dużo lepszych serwisów, jak np. mój ulubiony We Are Hunted. Chyba więc po raz ostatni piszę tu o turntable.fm i jego klonach, o ile oczywiście nie wydarzy się nic spektakularnego w tej kwestii.

Jeszcze o dogorywaniu turntable.fm i śmierci klonów tego serwisu